Księga gości

Zobacz
Wpisz się

Minione lata

2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
maj
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień


Linki

Lubię
Czerepka
Nika
Powieszony
Tula Shin





Lay by Yasai


only for

Taka-chan


Picture: G-Dragon (BIGBANG) for
Numéro Korea

Ja żyję 2012-01-07 08:56:18

Rok juz zdążył minąć, tupnąć, a ja dalej znaku życia nie daję. Nie to, że nieżyję, bo w tym świecie, co to powoli na margines schodzi, to ja nawet oddycham; ale odkąd komputer odmówił posłuszeństwa jakoś w listopadzie (tu moge sie mylić, ale kurde, czas to akurat nie moja mocna strona), to w dalszym ciągu nic sie nie da zrobić. Chociaż... Da się go włączyć i tu- o cudzie!- zamiast bredzenia po holendersku ukazuje mi się windowsowe wzgórze i ten wiatr wiejący po błękitnym niebie... I to by było na tyle. Internet w domu mają wszyscy- poza mną, a karta graficzna nie ma sterowników i dupa z niej jest. No i nie mam nic, co pozwoliłoby czas uprzyjemnić w postaci odtwarzaczy plików muzycznych, filmowych (pozapominałam formaty) i innych. Mówiąc krótko- nędznie. A z tego powodu niedawno doznałam olsnienia, że jak ja się cieszę, że urodziłam się kiedy w Polsce jeszcze nie było internetu... Wiem jak to brzmi- jakbym była co najmniej gatunkiem już kopalnym, ale taka jest prawda. I to chyba dlatego w drodze ewolucji nie rozwinął sie u mnie w pełni system połączeń mózgowo-internetowych i na odstawieniu jestem dzielna. A przynajmniej się staram.

Skoro piszę, oznacza to, iż siedzę w pracy. Tylko ciiiii... Bo to nieładnie tak w pracy sobie czas organizować. Bądź co bądź, moim priorytetem w tej chwili powinno być coś innego i ja się zaraz za to coś wezmę. Tylko że musze coś zrelacjonować jak mi zeszło tych kilka ostatnich dni starego roku.
Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to- szybko. Mój piekarnik nie zawiódł, a i moje (poddawane przez mnie w wątpliwość) zdolności okazały się wyłazić na powierzchnię z mych czeluści. Udało mi się upiec wszystko, nic nie przypalić, nie zrobić zakalca i nawet zjeść mi sie udało. Dlatego przedwczoraj porwałam sie na Karpatkę. I też wyszła! Ha! Oto, prosze państwa, jest mistrz! Święta spokojnie i na lekkim rauszu, ale sylwester to już zupełnie inna historia. Tradycyjnie- w domu, z tą różnicą że sama. Bo sobie nie poszłam za tłumem rodzinno-koleżeńskim, gdyż mnie się tak zwany 'foch' uruchomił (ja do tej pory nie wiem, co to komu przeszkadza, że mi odbija). Wiele nie myśląc przytaszczyłam laptopa i pierwsze dwie godziny pływałam z kapitanem Sparrowem po Nieznanych Wodach w poszukiwaniu fontanny młodości (to lepsze niż botoks), a dwie następne z czterema zboczeńcami-faszystami. Zachciało mi się "Saló" obejrzeć i jak na wesołe świętowanie dość mnie obrzydziło. Teraz tylko musze zakupić "120 dni Sodomy" i przekonać się, czy De Sade też tak opłotkami potraktował jedną częśść, jak Passolini.
W pracy poprawiałam horrorami i dwoma bardzo dla mnie w temacie, bo "Chłopcem w pasiastej piżamie" i "Fabryką zła". Nie oglądajcie "Chłopca...", chyba że lubicie bajki. Mi się w ogóle nie podobał, bo jakoś oderwany od rzeczywistości mi się wydał, za to "Fabryka..." już bardziej. A mógłby ktoś polecić jakies makabreski z charakterem? Jakies zgony, tajemnice, potworki, morderswta, mrok i zgrozę? Ja się grzecznie postaram poszukać.

Zakupiłam sobie nawet ksiązki o mordercach. Mam niedosyt. Film albo serial, purisuuu beri najs. W nowy rok wejdę z psycholami.
Discovery mnie wczoraj straszyło (w przerwie "Władcy pierścieni") jak marny koniec nas czeka w tym roku. Trafiłam akurat na moment, gdy straszyli wybuchem wulkanu na jakiejś wyspie na Atlantyku, który to wybuch spowoduje osunięcie sie połowy tej wyspy do oceanu i tsunami z falami kilkusetmetrowej wysokości. Chciałam to sobie wyobrazić, ale mi oddech odebrało na myśl o takiej masie wody. Potem przypierdzielili wybuchem superwulkanu i tu się zdziwiłam. Bo na przykład, taki Park Yellowstone (czy ta nazwa to od kamieni, na których osadza sie siarka? Wie ktoś przypadkiem?), to jest wulkan. I to czynny. Więc jak Slońce mu zrobi bzzyk promykiem, to on zrobi srrrrrukabum i teoretycznie po nas wszystkich. Przyznam- niefajne te wizje. Bo jak ja już mam umrzeć, to proszę bezboleśnie.

To biorę się do proorytetów i wszystkiego naj w tym roku, kmu nie życzyłam :*

skomentuj (0)

Ho ho hoooo choinka 2011-12-13 10:30:10

Hej kolęda, kooooolęda!!
Zaczynam bredzić. To znaczy nucić kolędowo-świateczno-popowo-tradycyjne pieśni kojarzone zwykle ze Świętami właśnie. Przy okazji myśleć, co upiec, jak się wymigać z towarzystwa i co miłego będzie mozna robić przez całe dwa dni Świąt. Na razie brak wniosków, bo:
- piekarnik jest dalej wredną mendą. Nie wiem już, jakich mam użyć argumentów, żeby jemu kabel zaskoczył, że jak wkładam placek na 50 minut celem upieczenia, to oczekuję, że on po tych 50 minutach będzie upieczony, a nie- spalono- surowy. I jak by nie wkładał (nie, że tyłem, czy do góry nogami, tylko no, sa takie trzy półeczki, no to kombinuję z półeczkami), ile by nie trzymał, to zawsze coś pójdzie nie tak, a ja się potem gryzę. Zamiast, dla przykładu, gryźć taki sernik.
- jak rokrocznie bylismy sami, tak teraz będzie nas dziewięcioro. Wiem, to nie jest jakas zawrotna liczba, ale jednak jest. Ja już widziałam, jak leżę na kanapie, czytam, ze mną psy (nie czytają, oczywiście), pod ręką herbata i inne dobro, a tu niestety będe musiała wyglądać. A ja nie chcę wyglądać, ja chcę mieć spokój, jak ten Mistrz ze swoją Małgorzatą.
- a miłego do roboty jest dużo- jeść, spać do obłędu, czytać, spacerować... Ech losie niesprawiedliwy...

Komputer mój jest. Znaczy tak, no jestem wdową, ale mam innego. Inny nareszcie się włącza i nie bredzi mi po holendersku, tylko pokazuje pulpit a' la windows. No i fajnie, tylko że nie mam internetu (i nie tęsknię, matko, co się ze mną dzieje). Ale trzeba było nowego zeksplorować. I wiecie co... Jaki mnie smutek ogarnął, gdy otworzyłam dysk "D", a tam nic nie było...  Tyle lat zasysania, zasprytniania, ściagania z bóg wie kąd samego dobra z kraju kwitnącej wiśni i tej ładniejszej Korei, a teraz nie mam nic... Więc w związku z tym, że zrobiło mi się jeszcze smutniej, postanowiłam go nie właczać więcej. Sama jestem ciekawa, ile i czy ja to wytrzymam.

A w pracy mamy choinkę. Ja zrobiłam zaopatrzenie w gałęzie z sosny, świerka i czegoś tam, co jest zielone i ma igły, a teraz kończymy wieszać na tym wygibusie co popadnie. Pachnie cudownie, z radia się dobywają jakies dzwonki, jeszcze mi tylko prezentów brakuje i barszczu z uszkami. Ale to za jakies dwa tygodnie...

A do tego czasu cieszcie się i radujcie, że śniegu nie ma i oby tak do marca.

skomentuj (0)